blog

Uwaga!

środa, 18.czerwca.2014, 00:44
Z różnych przyczyn postanowiłam przenieść blog pod ten adres: http://szarosc.wordpress.com/

Serdecznie Was tam zapraszam oraz obiecuję dalej zaglądać do Was wszystkich :)
Do napisania!
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Dwudziesty czwarty.

piątek, 23.maja.2014, 17:18
Momenty, w których traci się bliskie osoby (i tym razem nie mówię tu o śmierci, te można jakoś racjonalnie wyjaśnić...) nigdy nie są przyjemne.
Jeszcze bardziej boli, kiedy zdajemy sobie sprawę, że ich tracimy. Że po prostu wychodzą z naszego życia od tak, jakby zawsze byli po prostu obcymi.
Czas i bieg wydarzeń życiowych zmienia każdego z nas, ale w całym moim niezdrowym pesymizmie karmiłam się jednym zdaniem - że prawdziwa przyjaźń jest wieczna. 
I powtarzam to sobie od lat i od tylu lat też się na tym zawodzę.
Może pytanie brzmi - skoro zwodzą mnie tak łatwo, to czym jest prawdziwa przyjaźń?
Jak zidentyfikować kłamcę, skoro już tyle razy mówiłam sobie - to jest to. To nigdy nie minie.
A potem budziłam się sama wśród wspomnień, że przecież było tak dobrze, a teraz jesteś nieważna, że nie trzeba odbierać od ciebie telefonów ani odpisywać. Od tak, przecież wieloletnie znajomości właśnie tak się kończy - urywając kontakt jak gdybym była tylko sprzedawczynią w przejezdnym sklepie. 
Tak się nie robi. Albo ja mam jakieś spaczone poczucie moralności.
Wróciłam ostatnio do domu i zdałam sobie sprawę, że to koniec, że właśnie straciłam kolejne osoby.
Nie mam siły ryzykować dalej. Bez wsparcia trudno iść przed siebie, prawda?
Znajoma z pracy zaproponowała ostatnio wypad na piwo.
A ja bałam się powiedzieć, że jestem pewna, że ona nie chce mnie lepiej poznawać, bo ludzie ode mnie uciekają.
Nie chcę tego przechodzić więcej bo stare zawody dalej bolą.
Jestem przepracowana, zmęczona, bez leków, w stanie agonalnym. Rozpłakałam się ostatnio w pracy bo na domiar wszystkiego złego, jeszcze nie mogłam dodzwonić się do knajpy po obiad po 9h pracy. Rozwaliła mnie taka pieprzona błahostka.
Jest tak źle, że zastanawiam się ile jeszcze pociągnę.
A mam doświadczenie w tych kwestiach.
Jest piękne słońce, a mnie ono tylko dobija. Tylko trochę mniej niż to, że według świata jestem najbardziej wesołą dziewczyną jaką znają.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Dwudziesty trzeci.

niedziela, 11.maja.2014, 03:47
Jestem słaba, zmęczona i bezsilna.
Praca, sen, praca, sen, praca, sen.
I pomimo moich problemów z bezsennością to leżę nieprzytomnie po dwanaście, trzynaście godzin, nie będąc jednak w stanie odpocząć ani się zrelaksować. Głowa ciężka, jakbym napchała do niej kamieni i cegieł, zbolałe ręce, nogi, momentami naprawdę bezwładne.
Nie robie nawet zdjęć.
No chyba, że za fotografię uznam wrzucone od czasu do czasu na instagram zdjęcie porannej kawy o 14:00.
Zafundowałam sobie coś co miało odciąć ostatnie miesiące grubą kreską, od tego jaka chce być po tej zmianie - poszłam do fryzjera kompletnie odmienić swój wizerunek. Wybrałam chwalony, bardzo dobry (i niestety równie drogi, jak to w dzisiejszych czasach) salon i z miejsca umówiłam sie na wizytę, aby się nie rozmyślić. Jedyny wolny termin był na 9:00 rano. No okej - stwierdziłam.
Wiedziałam, że będzie źle, ale, że rozczochrana wybiegnę z domu o 8:45, mając 25 minut drogi do salonu to nawet ja nie przewidziałam.
Autobus o 8:49 niestety kulturalnie czmychął mi sprzed nosa. Na szczęście obok przystanku znajduje się postój taksówek - to dosłownie kilka kilometrów, nie mogę przecież zapłacić fortuny, no nie?
Nikt normalny nie wydawałby pieniędzy, tylko spóźniłby się te kilka minut, ale moja maniakalna fobia spóźniania się była silniejsza - wsiadłam do taksówki i było mi wszystko jedno, byleby pojawić sie na miejscu przed 9:00.
Tak się też stało, jednak w korku utkwiła... sama fryzjerka. O ironio.
Po czterech godzinach cięcia, farbowania i modelowania aż sama nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Wystylizowane fryzury celebrytek na Pudelku były brzydkie, w porównaniu do tego co ja miałam na głowie. Nie mogłam się poznać, wreszcie ktoś obciął właściwie moje niesforne, zmasakrowane loki.
Czułam się piękna, po raz pierwszy od bardzo długiego czasu. Oczywiście życie nie byłoby sobą, gdyby nie zaczęło lać po moim wyjściu na ulicę. No cóż, do domu wróciłam jedynie z namiastką tej pięknej fryzury.
Zanim jednak, udałam się oddać iPhone'a do serwisu - nie, nie rzucałam nim, ja nie mam po prostu szczęścia do elektroniki. Psują mi sie nawet kalkulatory, a jeden komputer raz puścił iskry.
Facet powiedział, że wymiana baterii potrwa 30 minut. Miałam więc okazję by zjesć lunch w nowopowstałym, niezwykle popularnym ze względu na ekologiczność i niskie ceny barze kanapkowym, który akurat znajduje się obok samego serwisu.
Pozbawiona telefonu, z wyładowaną mp3'ką siadłam sobie przy jednym ze stolików z wielką kawą i niezwykle wyglądającą kanapką. Tuż obok siedziały cztery licealistki z mojej dawnej szkoły. Wychudzone, artystycznie rozczochrane, w za dużych ubraniach i kwadratowych okularach, zarzucające grzywką raz po raz, robiące sobie zdjęcia z bułkami (tak, dobrze czytacie...), a potem kłócące się, na których wyszły lepiej bo oznaczają sie na fejsie. Oczywiście najsilniejszym argumentem było "nie, nie to, bo wyglądam na nim grubo!"
Popijałam kawę, obserwując je z rozdziawionymi ustami, nawet nie wiedząc jak głupio muszę wyglądać. Potem dotarło do mnie, że to po prostu zwyczajna młodzież. "Copy of a copy of a copy."
Owszem, ja w ich wieku miałam już mózg przeżarty antydepresantami i zastanawiałam się czy zabić kijem księcia eS'a przed, czy po tym jak się z nim ochajtam w pustej kapliczce.
Ale czy naprawdę byłam AŻ tak inna niż moi rówieśnicy?
Tak, niestety najwyraźniej tak.
Zaczęłam się zastanawiać jaka bym była dziś, gdybym wtedy była taka jak one. Zwykła i beztroska.
Pewnie miałabym już zrobiony licencjat, znajomych i nie mówiłabym do siebie w napadach manii, paniki i smutku. No, pewnie byłabym po prostu fajna. I może szczuplejsza.
Ale rzeczywistość zawsze inna jest od oczekiwań, wstałam więc, odnosząc po sobie naczynia i mówiąc dziewczynie, która robiła mi kawę, że była bardzo pyszna - przekonałam się już, że nawet jedno niespodziewane, ciepłe słowo potrafi sprawić, że serce rozgrzeje się na moment, że bezcelowość codzienności zniknie chociaż na sekundę. Widziałam jak się uśmiecha jeszcze zza szyby po wyjściu z lokalu.
Odebrałam telefon z serwisu i udałam się do domu, zupełnie moknąc po drodze...
Zwiędły mi stokrotki, biurko mam zagracone naczyniami, stojącymi na blisterkach po lekach, które trzaskają metalicznie raz po raz - wbrew pozorom najbardziej buntuje się Cholinex, rebeliant jebany. Oczy mi łzawią i jest 4:00 rano.
Ale wydałam dziś okrutne pieniądze na zieloną herbatę z miodem manuka, więc nothing hurts anymore.
A co u Was?
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Dwudziesty drugi.

wtorek, 29.kwietnia.2014, 19:21
Słońce świeci, jest cieplutko i niesamowicie, pachną kwitnące jabłonie i mirabelki.
A mi się chce spać, płakać i bolą mnie oczy, jak w najgorszym stadium alergii na pyłki, której, notabene, nie mam. 
Mimo to, postanowiłam planować i dalej zmieniać swoje życie. To odwraca moją uwagę od tej upierdliwej pindy (dop. aut: mówię o chorobie i samopoczuciu) i nadaje chociaż trochę sensu.
Postanowiłam zobaczyć więcej świata. I mimo, że znajomi mi mówią, że skoro zwiedziłam USA to nic więcej nie muszę widzieć - mylą się. Europa ma w sobie niezmierzone pokłady piękna, które zamierzam odkryć. 
Zaczęłam planować już dwa pierwsze wyjazdy - Berlin w sierpniu oraz Londyn w grudniu.
Będą to idealnie zaplanowane, najpiękniejsze dni mojego życia. Zapamiętajcie to, kochani. Tak postanawiam i właśnie Wam o tym mówię.
Bo jak nie teraz to kiedy? Kiedy będę miała 40stkę na karku i będę płakać nad swoim zapracowanym, niespełnionym staropanieństwem? A może wreszcie puszczą mi hamulce i cierpliwość i nie doczekam 40stki? Pff.
Będę podróżować teraz. Kiedy jestem młoda, a każde z miast, które odwiedzę ma dla mnie coś wyjątkowego.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Dwudziesty pierwszy.

piątek, 25.kwietnia.2014, 01:15
Gdy ból psychiczny zamienia sie w fizyczny, gdy żadna tabletka nie pomaga, gdy nie wiesz co zrobić, bo po prostu wszystko nadal boli.
Bo przecież nic Ci nie jest, wszystko jest w porządku, aż nagle... zaczynasz chorować ze smutku.
Ludzki organizm jest przez to niesamowity. Nieprzenikniony.
(...)
Dzień drugi z pięciu wolnych. Staram się korzystać, odpoczywać, relaksować. Dziś byłam nad morzem. I świeciło piękne słońce.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Dwudziesty.

piątek, 18.kwietnia.2014, 02:11
Kilka tygodni temu odstawiłam leki.
Stwierdziłam, że jak zapomnę jak działają, to może znów poczuję sie po nich lepiej?
No co, tonący brzytwy się chwyta.
Staram się żyć dobrze. Odkąd A. przyjechała do kraju mam tu na miejscu wsparcie. 
Kupiłam sobie nowiutki aparat analogowy. Prześliczną Prakticę. Idzie do mnie pocztą, nie mogę się doczekać aż wezmę ją w obroty. A skąd decyzja o zakupie?
Przewijając ostatnio dwumiesięczny film w moim Zenicie, usłyszałam dźwięk darcia i okrutny trzask... Wiedziałam, że gdy otworzę kasetę to film pójdzie na marne, ale nie miałam wyboru - film i tak znalazłam rozdarty w pół i wyrwany z rolki. 
Dla mnie było to uczucie bardziej bolesne niż złamane serce. Mogę wręcz rzec, że to aparat złamał mi serce. 
Kiedy odstawiłam Zenita i chciałam załadować nową rolką Canona, okazało się... że Canonowi postanowiła przestać działać dźwignia naciągu, pomimo faktu, że stał jedynie na półce. Wszystko to w jeden dzień. Zdrada i okrucieństwo. Zenit do szafy, Canon do serwisu - terapia związkowa.
Śmieszne te moje skojarzenia... :)
A mój smutek zaczął boleć fizycznie. Jak w 2010 roku. Po przebudzeniu nie mam czucia w członkach. Bolą i drętwieją, krzycząc "Nie żyj. Nie."
No nic, teraz mi to obojętne.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Dziewiętnasty.

niedziela, 6.kwietnia.2014, 01:20
Teraz, z tak daleka, jesteśmy sobie bliżsi. 
Połamane serca nosimy w woreczkach na szyi, co by nie zgubić żadnego kawałka. Ja w jednym kącie, Ty w drugim kącie, a świat biegnie dalej swoim tempem. 
Wyjątkowi tylko dlatego, że moje kawałeczki serca pasują do Twojego, a Twoje do mojego. Umysłowe puzzle, które nie wymagają tłumaczenia.
Marzę by położyć się na podłodze, wiedząc, że jestem sama w domu, chciałabym po prostu leżeć i przestać czuć to wszystko co we mnie siedzi. 
Odzyskać chęć życia, po którą zapalczywie wyciągam zmęczone ręce, przestać widzieć wszystko to, co mi się z Tobą kojarzy, bo tak byłoby lżej.
Nie musi być łatwo, chcę by było tylko trochę lżej. Bo nie dam rady dłużej nosić siebie i brzemienia Twojej obecności. 
Wyrywam się bez ustanku, ale ciągnie mnie coraz bliżej ku ziemi. Grawitacja okrutnie sobie ze mną pogrywa, ale kunszt aktorski się poprawił.
Nikt już nie pyta.
Raportuję, panie kapitanie, że dzielnie walczę. Bo od wtorku czeka na mnie pięć dni wolnego i ta wizja trzyma mnie nad ziemią. Wizja tej samej kawiarni, tego samego stolika, ale innych, kojących okoliczności. 
Proszę, Mary. Uśmiechnij się.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Osiemnasty.

piątek, 28.marca.2014, 02:50
Czy wstyd mi za to co teraz się ze mną dzieje?
Tak, zdecydowanie.
A coż się dzieje, zapytacie.
Odkąd pisałam, że nie odczuwam już działania leków, wszystko co budowałam posypało się jak domek z kart.
Jeszcze jakiś czas temu byłam z siebie dumna, wiele osób też mówiło mi, że podziwiają mnie, że jestem w stanie kopnąć się do przodu, by w miarę normalnie funcjonować. Miałam założenia i zasady, które pozwoliły mi skończyć liceum i podjąć i tak nie skończone studia. Pozwoliły mi pogodzić się ze zmianą mojego życia o 180 stopni, podjąć pracę i zachować trzeźwy umysł.
Wyobraźcie sobie, stoicie zimą pośrodku jeziora, na kawałku kry. Przychodzi wiosna, lód się topi, pęka... coraz bardziej umyka spod stóp. Wreszcie wpadasz do wody.
That's my life now.
Wstyd mi, że mama musi sadzać mnie na łóżku bym w ogóle podniosła się rano. Rano o 13:00.
Wstyd mi, że nie umiałam założyć maski w pracy, że ludzie pytali. Wstyd.
Wstyd mi, że mama co chwilę zagląda do pokoju, sprawdzić czy nic sobie nie zrobiłam, albo nie wiję się w szlochu w pościeli.
Wstyd mi, że nie potrafię się już na zawołanie uśmiechnąć. Że nawet teraz nie mogę przestać płakać.
Wstyd mi, że stałam się tak żałosna, że gdybym była osobą trzecią, nawet nie byłoby mi siebie samej żal...
Zmagam się lata, ale czegoś takiego to ja jeszcze nie widziałam.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Siedemnasty.

sobota, 22.marca.2014, 22:35
Ostatnie kilka wolnych dni spędziłam na odpoczynku. Takim przez dużo O.
Nie robiłam nic co było mi zbędne. Chciałam wreszcie przestać czuć ten przeszywający ból w każdej kości, każdym mięśniu...
Muszę przyznać, że pomimo tego, że nadal moja dusza krzyczy to zrobiłam dla siebie coś dobrego - byłam w teatrze (w kinie na sztuce teatralnej, ale to nie ważne), kupiłam sobie dwie książki, piłam dobrą kawę, wreszcie czytałam, czułam, że żyję jak dorosły człowiek pełną piersią. 
Nie martwiłam się tym, że muszę wrócić do domu, do nauki, że coś mnie ogranicza. Od dwóch miesięcy jestem tylko ja i praca i powoli moja egzystencja przekwalifikowuje się znacząco.
Nie czuję aż tak dużej presji. Co prawda od października ponownie zacznie się nauka, ale czegoś co kocham całym sercem - nie wydaje mi się by przeszkadzało mi to w życiu.
Sztuka, kino, muzyka... Cieszę się, że to pomaga mi zachować spokój i czerpać inspirację. Potrzebuję tego. 
Skoro lekarstwa są do niczego to jest to moja własna medycyna alternatywna.

mrok
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Szesnasty.

wtorek, 18.marca.2014, 22:42
Nie było mnie tutaj osiem dni.
Osiem wywrotowych dni, podczas których próbowałam wstać z ziemi.
Tak jak się tego obawiałam, moje leki szybko owinęły sobie mój organizm wokół palca i jakieś cztery dni temu ponownie obudził mnie mój własny płacz.
Z początku pomyślałam, że to po prostu gorszy dzień, załamanie pogody albo niewygodna poduszka.
Ale z każdym kolejnym dniem życie wysysane było ze mnie coraz intensywniej... Dziś przelała się czara goryczy.
Pytanie "Dlaczego znów to samo?" niestety odbija się echem po pokoju, pozostając bez odpowiedzi.
Naprawdę, przez te kilka tygodni było cudnie, spokojnie... wesoło.
Tak jak kiedyś, dawno, lata temu, kiedy nic mnie nie dręczyło.
Ta sytuacja zasługuje tylko na nerwowy śmiech.
Nie wiem jak jeszcze mogę sobie pomóc, nie przychodzi mi do głowy nic oprócz elektrowstrząsów poprzez włożenie palców do gniazdka, albo lobotomia długopisem (some irony intended). 
Prawda jednak jest taka, że pacnęłam twarzą w poduszkę, znów prosząc by własna głowa nie była taka ciężka...
Było już tak dobrze. 
A chyba najwiekszym gwoździem w mojej ranie jest zawód. Jestem zawiedziona i mocno rozczarowana, że ten dobry czas trwał tak krótko...
Że znowu nie mogę funkcjonować. Praktycznie bez powodu. Że wszystko sprawia, że cierpię... bez powodu.
Że znów nie mogę się ruszać... bez powodu.
Z trudem, bo trudem, ale wybrałam się dziś do sklepu. Kupiłam sobie dwie książki, dwie książki, które namawiały mnie do kupna już od dawna.
Jeśli w wolne dni nie dam rady się zmotywować, aby je przeczytać to sama się za to ukarzę.
W sumie prawda jest taka, że nie wiem za bardzo czy z obecnej sytuacji się śmiać czy mam płakać.
Boję się, że lekarka miała rację - "W pani przypadku, gdy choroba jest dziedziczna, tak naprawdę nie ma lekarstwa. Ale można próbować."
No to próbuję. Ale wyszłam już z pomysłów.
Pogram sobie w LEGO: Marvel Super Heroes. Co mi szkodzi.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Piętnasty.

poniedziałek, 10.marca.2014, 02:07
I już po.
Ja jestem znowu starsza, Ty jesteś o rok mądrzejszy.
Obyło się spokojnie, bez fajerwerków ani samobójczych pchnięć.
Ja płakałam, Ty trzymałeś mnie za rękę. Ja szlochałam głośniej, a potem zorientowałam się, że mi się tylko wydawałeś.
Z tak daleka nie można nikogo trzymać za rękę.
Nawet jeśli bardzo potrzebowałam mojej urodzinowej pary, tego, do czego przyzwyczaiłam się przez te lata.
Nie było tortu ani świeczek. Nie było gości, ani uśmiechów.
Był alkohol, pomost i morze. Zapomnienie, odtrącenie i wyparcie.
Pustka.
Wspominane wcześniej nowe leki nadal działają na mnie bardzo dobrze - sypiam, jadam, wstaję, żyję, śmieję się.
Do tego stopnia, że nie jestem w stanie ukazać smutku. Płaczę sercem, uśmiechając się szczerze i promiennie.
Bawię się i żartuję, nie rozumiejąc nawet dlaczego ani jak.
Niech się dzieje - mogę tego nie rozumieć. Ale dłuższej stagnacji bym nie zniosła.
(...)
Dziękuję dziewczynom za cudowne przyjęcie w piątek. Wzruszenie długo mnie trzymało, mimo tego, że nikt tego nie mógł zobaczyć... 
Nie wiem co się dzieje wokół. Wiem jedynie, że wszystko bardzo szybko gna. Zapomniałam juz jak to jest... Czas próbować nadążyć.

Zostawiam Was z moim zdjęciem widoku z miejsca, w którym dzisiaj byłam. Więcej możecie oczywiście zobaczyć na moim blogu - adres macie w górym pasku.

sopot, plaża
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Czternasty.

środa, 5.marca.2014, 22:39
Coż mogę rzec... 
Rozchorowałam się. Zazwyczaj nieźle znoszę wszlakiego rodzaju przeziębienia i wirusy, ale w następnych dniach mam naprawdę sporo pracy i już czuję, że będzie to niezwykle uporczywe.
Muszę się jednak przyznać, że miałam tiki nerwowe, kiedy padł cały mylog. Bardzo potrzebowałam napisać notkę.  
Teraz za to nie mogę zebrać myśli. Kicham, kaszlę i ledwie patrzę na oczy.
(...)
Już za kilka dni znów mamy urodziny. Ja i Ty. O ironio, uwielbiam ten fakt z naszego zycia. 
Twój telefon z życzeniami o 10:00 rano, moje życzenia z drinkiem o 22:00.
Co roku. Przez całe moje dorosłe życie. 
Nie widzę powodów by to zmieniać.
Kolejna z moich malutkich dat, której nie obchodzę tak jak inni. Tylko po swojemu. Czasem sie sobie dziwię, ale ja po prostu widzę, że w każdym aspekcie chcę żyć po swojemu. Może trochę na opak, ale życie nauczyło mnie, że tylko tak mogę brać z niego największe, jak na moje możliwości, garście.
(...)
Swoją drogą... Ledwo co chwaliłam się Wam, że dostałam pracę. A tu juz drugi miesiąc sie zaczął. Idzie mi dobrze. Prostowanie swojego życia idzie mi dobrze.
Tylko w głowie wciąż chaos samonienawiści...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Trzynasty.

środa, 26.lutego.2014, 23:38
Po raz pierwszy od siedmiu lat wstałam przed budzikiem.
Wstałam bez najmniejszych problemów, z ochotą i bez oczu napełnionych łzami, bez wszechogarniającego bólu każdego mięśnia.
Myślałam, że to przypadek, aczkolwiek zaznaczyłam go dokładnie w kalendarzu - w końcu to pierwszy raz.
Jednak następnego dnia było tak samo, następnego również, dziś też.
Leki zaczęły działać w sposób, jakiego nie doświadczyłam jeszcze w mojej dlugiej karierze pacjentki.
Owszem, nadal jestem smutna, myśli nie są zbyt różowe, ale... mam siłę żyć.
Budzę się średnio 4-5h wcześniej niż zazwyczaj, co lepsze - przesypiam noce. Leki na bezsenność nigdy na mnie nie działały, a teraz... dwie malutkie pigułki, a moje życie nabrało zupełnie innych barw.
Poznałam smak slodkiej kawy o poranku, poczułam wczesne promienie słońca i wilgoć mgły na policzkach.
Jadąc do pracy, uśmiechałam się, patrząc przez okno autobusu. 
Sama dziwiłam się sobie jak to możliwe...
Ta odmiana napawa mnie taką radością, że tłumi ona moją naburmuszoną koleżankę, wciskając ją w kąt mojego umysłu.
Nie chcę z nią teraz rozmawiać, chcę łapać pełną piersią kolejny oddech zanim mój paskudny organizm przywyknie do leków i zacznie traktować je jak niesmaczne cukierki. 
P. zabrała mnie w niedzielę na niewielki pomost nieopodal molo w Sopocie. Siedziałyśmy tam kilka godzin, w pełnym słońcu i czułam się jakbym wróciła nad ukochane jeziora. Ale było lepiej, bo wokół nas rozpościerało się bezkresne morze. Śmiałyśmy się, rozmawiałyśmy. Byłam szczęśliwa. 
Nie mogę uwierzyć jak wiele emocji omija mnie przez chorobę. Każdą z nich chcę zapamiętać.
Chwilo - trwaj jak najdłużej.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Dwunasty.

niedziela, 23.lutego.2014, 02:18
Wyobraź sobie, że stoisz nocą na przejściu dla pieszych.
Raz po raz jakieś samotne auto śmignie tuż przed twarzą, swym podmuchem odpychając od krawędzi czarnego asfaltu o kilka centymetrów.
A ty ponownie stawiasz krok w przód, oczy mając zamknięte, łatwo poddając się podmuchom...
W głowie grają koślawe melodie spitego absyntem klawestynisty. Krok w przód... krok w tył. Niczym taniec na linie.
Dwa kroki w przód to za dużo.
O śmierci mam znacznie bardziej wyrafinowane mniemanie, dwa kroki to zdecydowanie zbyt wiele i zbyt 'nie tak'.
Do tego dochodzi też kwestia faktu, że ja wcale nie chcę umierać. I just want the shit stop, że też pozwolę sobie zacytować ukochanego klasyka. 
Stąd moje psychotyczne balansowanie na krawędzi, nie raz, nie dwa, a dziesiątki razy.
Mimo to, kilka dni temu zrobiłam dwa kroki w przód.
Nic się nie stało, podświadomie wiem, że to było zaplanowane.
Wybrałam wtedy w pośpiechu numer, który wybieram zazwyczaj.
"- Hey. I wanted to die again.
- No, you didn't. You just wanted to feel anything. Are you okay?
- I'm always okay.
- So... again, it's only you and me, huh?
- We're interrupted. Noone can stand us.
- Really, it's quite funny after all..."
Wszystko to przez nowe leki. Wyciągają ze mnie demona...
W ciągu dnia sprawiają, że pracuję na całego, uśmiecham się, jestem cierpliwa i uprzejma. A w nocy leżę, drżąc, nie mogąc ruszyć ręką ani nogą.
Wyklikanie tego tekstu zajęło mi zdecydowanie zbyt wiele czasu.
Jednak wolałam to niż sięganie w tym stanie po pióro i dziennik.
W końcu po to mam to miejsce.
I just want the shit stop.
Bo jeśli nie ja dam radę to kto? 
Internety może nie są najgłębszym źródłem mądrości, ale gdzieś rzuciło mi się w oczy jedno naprawdę dobre zdanie: Damaged people are the worst - they know they can survive.
I z racji tego, że jestem niezniszczalna, postanowiłam wszystkim nieświadomie uprzykrzać życie.
Liczę, że następny post napiszę już po kryzysie.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Jedenasty.

wtorek, 18.lutego.2014, 00:55
Wracam do domu około 22:00 każdego wieczora.
Nie, nie zatrudniłam się w obozie pracy - wzięłam wszystkie możliwe terminy w dwóch sklepach, jednym w Gdańsku, drugim w Gdyni.
Codziennie ktoś mnie pyta "dlaczego chce ci się tyle jeździć?!"
Odpowiedź jest prosta -
Pobyt w pracy mnie wypełnia. Nie mam czasu czuć bólu, który dociera do mojej głowy dopiero w autobusie powrotnym, nie mam czasu myśleć, nie mam możliwości płaczu.
Równanie jest proste: chcę spełniać marzenia --> potrzebuję pieniędzy --> trafiłam do dobrej pracy --> potrzebuje jej = muszę o nią dbać.
Dlatego dbam tylko o to by być dobrym pracownikiem, wyglądać nienagannie i mieć piękny uśmiech. O nic więcej nie dbam przez większą cześć mojego dnia.
Praca trzyma mnie w ryzach.
W ryzach, w których ja nie mogłam utrzymać samej siebie. 
Czasem wybuchnę szlochem gdzieś w łazience... Ale pozwalam sobie jedynie na kilka sekund. Spiesznie podmalowane oko w lusterku i mogę wracać do działania. Do czynności nie wymagających myślenia. A to jest mi potrzebne.
Mało czasu i dużo zajęć.
Stąd też moja nikła obecność tutaj, za którą przepraszam - staram się wszystkie Wasze wpisy regularnie nadrabiać.
(...)
Walentynki.
U mnie zawsze na przekór. Nie pijemy za zakochanie, pijemy z ironii. Pijemy za grzechy, te mniejsze i większe, robimy głupoty, których nie żałujemy i szukamy wschodu słońca w mroźnej aurze lutego.
Zapach białych róż i dźwięk analogowej migawki, zdjęcia, które nigdy nie ujrzą światła dziennego. Aparat, który znalazłeś dla mnie na pchlim targu... To dobrze, że są rzeczy, które kojarzą ci się ze mną.
Nie jestem nijaka.
Wypijmy za błędy. Niekoniecznie nasze. 
Pamiętne daty, symboliczne tylko dla nas, tych noszących takie blizny, jakie my nosimy. Ludzi ulepionych z jednej gliny.
A kolejna pamiętna data już wkrótce.
Dzień, w którym powinniśmy wznosić toast w trójkę. A będziemy tylko my dwoje.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


szablon:

Szablon wykonała Jeanne. Więcej na www.wardrobe.mylog.pl